Open

Fragment książki

Powoli wpatrywał się we mnie ciemnymi, bystrymi oczami. Miałam wrażenie, że swoim przeszywającym spojrzeniem znad czarnych, gęstych brwi podróżuje w głąb mojego jestestwa. Poczułam się nieswojo.

     – Po co tu jesteś? – Zapytał spokojnym głosem, nie spuszczając ze mnie badawczego, świdrującego wzroku.
Jego pytanie zabrzmiało jak dzwon, odbijając się w głębi mojego umysłu.
     – Nie wiem – odpowiedziałam szeptem, sama zaskoczona odpowiedzią.
     – Wcześniej myślałam, żeby uleczyć ciało, a teraz myślę, że potrzebuję uleczenia duszy.
Masywne ciało Don Eduarda nie drgnęło. Siedział dalej na starym, dużym, drewnianym krześle tuż przy dzielącym nas małym drewnianym stoliku. Przez to jego uparte, spokojne a zarazem dzikie wpatrywanie, miałam dziwne odczucie zmniejszającej się między nami odległości.
Czułam, jak małe kropelki potu na moim czole chłodził delikatny wiatr wpadający przez uchylone okno. Z zacienionego w tej chwili ogrodu, różowe, gęste krzewy kwitnących bugambilii wdzierały się, jak nieproszony gość do środka. Gdzieś w oddali jakiś samotny ptak zaczynał swoją pieśń na cześć zachodzącego słońca.
     – Po co tu jestem? – Zastanowiłam się w myślach nad zadanym wcześniej pytaniem.
Przyszłam do Don Eduarda – curandero, czyli znachora, z polecenia Juanity, miłej dziewczyny, z którą zdążyłam się zaprzyjaźnić, a której drzwi sąsiadowały z moimi. Od kilku dni byłam chora, wysoka gorączka i niesamowity brak witalności sprawiały, że z dnia na dzień robiłam się coraz słabsza. Brakowało mi energii, żeby przejść kilka kroków, nie mówiąc już o najprostszych czynnościach. Lekarze byli bezradni, podejrzewając różne przyczyny i różne choroby, ale po zrobieniu kompletu wyników, żadna diagnoza nie okazywała się trafna. Lekarstwa jeszcze bardziej pogorszyły ten stan, bo nie tylko nie mogły uporać się ze zbiciem gorączki, ale wywoływały dodatkowo falę mdłości i wymiotów. 
     – Juanita, pomocy – wyszeptałam wczoraj wieczorem u jej drzwi, prawie mdlejąc u wejścia.
Szaman. To było dla mnie jedyne w tej chwili logiczne rozwiązanie. Często słuchałam jej ciekawych, barwnych opowieści o znajomym, który uprawiał magię, leczył ludzi, rozmawiał z duszami przodków i w ogóle był niesamowitym człowiekiem. Kiedyś nawet miałyśmy go razem odwiedzić, ale termin zawsze był odsuwany na jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość. Nie żebym nie chciała. Choć podświadomie, o ile samo słowo – „magia”, napawało mnie niesamowitą ciekawością, o tyle spotkanie z prawdziwym człowiekiem, który ją uprawia, budziło lekki strach. Czekałam więc na nadarzającą się okazję, nie próbując w żaden sposób przyspieszać ani odwlekać naszego spotkania.
Nigdy nie myślałam jednak, że poznam go w takich okolicznościach… 
     – Połóż się pod piramidą – powiedział stanowczym choć niesamowicie ciepłym głosem.
Na środku pokoju, na lekko zszarganym dywanie w brązowo-kremowe kwiaty, stał metrowej wysokości szkielet piramidy. Tuż pod nią ułożony był cienki materac przykryty białym prześcieradłem. Zdjęłam buty i bez słowa położyłam się. Spojrzałam od dołu na piramidę. Była zrobiona z jakiegoś cienkiego metalu, może miedzi?
Zakręciło mi się lekko w głowie. 
     – Zamknij oczy – powiedział, odwracając się do mnie po krótkiej chwili, a na jego twarzy w ostatnim momencie ujrzałam maskę czarnej pumy.
Zamknęłam posłusznie oczy. Na całym ciele czułam gorączkę, a teraz w dodatku serce biło jak oszalałe.
Don Eduardo zawył jak dzikie zwierzę … 


line