Open

Fragment książki

W pokoju, który dobrze znałam, panował lekki zaduch. Zapach często palonego, specyficznego kadzidełka przesiąknął przestrzeń i otaczające ją przedmioty na tyle, że z zamkniętymi oczami mogłabym powiedzieć, gdzie jestem. 

     Eduardo swoim zwyczajem siedział ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, naprzeciw mnie, delektując się świeżą, białą herbatą, której lekki aromat mieszał się z zapachem jego domu. Przy każdym łyku zamykał oczy, nabierając jednocześnie powietrza do płuc, trwając przez kilka sekund nieruchomo i rozkoszując się przyjmowanym napojem, jakby to był jakiś boski nektar.
     – Ja jeszcze nie doszłam do takiej perfekcji – pomyślałam. Owszem, mój czas zwolnił od pobytu u szamanek pod Monte Alban, ale nie był już taki jak tam. Miałam znów plany i rzeczy do zrobienia. Nowe marzenia i nowe wyzwania. Mój umysł pracował na maksymalnych obrotach, tworząc nawet we śnie fotografie przypominające obrazy, w których kolor wychodził poza wszelki kontekst ustalonych barw. Eksplodował co chwilę nową ideą, którą starałam się okiełznać, wychodząc naprzeciw rzeczywistości i realnym środkom, do których miałam dostęp. 
Bałam się jednego – że zagubię się znów w rzeczywistości, stracę równowagę i zatracę się kompletnie w tworzeniu. 
Eduardo odstawił maleńką filiżankę, z której ubyła dopiero połowa zawartości i popatrzył na mnie z uśmiechem. Cieszyłam się, że mogłam zaprzyjaźnić się z kimś tak wyjątkowym jak on.
     – Czyli co, znów jesteś w pogoni? 
     – Tak, tak, tak, – przytaknęłam w miną skarconego dziecka – ale tworzę i realizuję swoje marzenia – dodałam w samoobronie. 
     – Wydarzają się prawdziwe cuda Eduardo. To tak, jakbym była wróżką w jakiejś bajce i za pomocą czarodziejskiej różdżki ożywiała postacie, sytuacje i zdarzenia. To, co się dzieje, jest naprawdę niesamowite. 
Opowiedziałam mu o zdarzeniach ostatnich tygodni.
     – Bo weszłaś w synchronizację Blanka, a wtedy magia jest na porządku dziennym. Chcesz czegoś ze wszystkich sił i jesteś ze sobą w zupełnej zgodzie i szczerości. A potem sprężasz po prostu siły i działasz. W takiej sytuacji wszechświat nie ma innego sposobu niż odpowiedzieć na twoje wezwanie. Bo nawołujesz ducha zamieszkującego twe ciało i z tej płaszczyzny, z tego poziomu, siatka kosmosu układa się w taki sposób, by ulec twym życzeniom. Nie ma innego wyjścia. Stąd te cuda. Im bliżej jesteś ducha, tym szybciej realizują się postanowienia. 
     – A co to znaczy, być bliżej ducha? – Ciągnął. – To znaczy wsłuchać się w siebie. Wsłuchać się we wszystkie poziomy i płaszczyzny nas samych z otwartością i szczerością. Zjechać windą na sam dół jestestwa, a potem obrać przeciwny punkt – samą górę i zadać sobie pytanie na tych wszystkich szczeblach – czy to, czego chce moje powierzchowne ja, jest tym, czego chce też reszta „mieszkańców”? Jeśli naprawdę uda ci się dotrzeć do tych miejsc i odpowiedź będzie twierdząca, nie ma siły, żeby dany plan nie powiódł się. Jako ludzie mamy nieograniczone możliwości tworzenia. Zapomnieliśmy o tym i przysypała je sadza niepotrzebnych i nieprawdziwych pragnień, często zapożyczonych od innych bądź zainspirowanych wszechobecną papką medialną. Dlatego właśnie jako rodzaj ludzki musimy się przebudzić. Wyjść z zaułka. Ciemnego, cuchnącego zaułka naszych ograniczeń. I wejść do środka tylko po to, żeby wyjść na zewnątrz. To jest celem. Nie, jak niektórzy sądzą, życie w zamkniętej duchowości czterech ścian i umęczonych medytacją kolan. Otworzenie się na świat. To po to tu jesteśmy. By ostatecznie połączyć się ze światem. Bo on i my to jedność. 
     – Większość ludzi sądzi, że JA zamknięte jest w jakiejś szczególnej części ciała, że JA i ciało to jedno i że poza nim istnieje coś, na co nie mają wpływu – ta zewnętrzna i z góry ustalona rzeczywistość. Ale jeśli się tak uczciwie zastanowić nad takim tematem: jaką kontrolę mamy nad naszym materialnym ciałem? – Zrobił dłuższą pauzę.
     – Nie mamy wpływu na procesy zachodzące w naszym organizmie – ciągnął – na obumieranie i powstawanie komórek, na bicie naszego serca, na pompowanie krwi, na reakcje chemiczne zachodzące w naszym mózgu. Nie mamy nawet wpływu na to, kiedy zaśniemy ani kiedy wypróżnimy się. To są procesy regulowane jakby odgórnie. A żyjąc w świecie, który zakłada, że jesteśmy ciałem, tak bardzo w to wierzymy, że nie podajemy nawet w wątpliwość tego starego paradygmatu. W momencie, w którym uznaliśmy się tożsamymi z ciałem, zatraciliśmy moce tworzenia. Bo MY, to zupełnie coś innego – to umysł i dusza, które owszem zawierają też i ciało, ale człowiek sam w sobie jest bezkresny, nieograniczony, bezkształtny i wieczny. 
     – Czy kiedykolwiek kładłaś się na łóżku w całkowitym bezruchu i relaksie? – Spróbuj. Jeśli ciało nie ma punktu odniesienia, przy zamkniętych oczach możesz zatracić swoje własne kontury. Nie ruszaj rękoma. Nie muskaj prześcieradła opuszkami palców. Zadaj sobie uczciwe pytanie: gdzie się kończę? – I wtedy może przydarzyć się rzecz zaskakująca. Nie będziesz w stanie dać odpowiedzi, bo umysł podróżuje bez żadnych granic. Jeśli da mu się przyzwolenie. Jeśli nie, tworzy coś w rodzaju matrioszki. Jedna granica wewnątrz kolejnej i tak coraz bardziej i bardziej w głąb. Każda prawie identyczna jak ta poprzednia. W tym tkwi też iluzja. Wiele osób próbuje zrzucić z siebie jarzmo granic, ale nie mają wytrwałości ani determinacji, żeby zobaczyć, co jest w środku. Odgarniają pierwszą warstwę i znajdują w niej roześmianą laleczkę, zdejmują kolejną i widzą to samo. Tylko nieliczni potrafią dostrzec, że laleczki te są podobne, ale różnią się wielkością. To, co je otacza, jest coraz większą przestrzenią, a one same są coraz mniejsze. A jak ktoś naprawdę dobrnie do ostatniej laleczki i ją otworzy, co zobaczy? – Że to co wewnątrz, jest tym samym, co na zewnątrz – nieograniczoną przestrzenią, w której wszystko się może przydarzyć… 
     – Wszystko co dobre i złe? – Zapytałam zamyślona.
     – A co jest złe? – To są tylko doświadczenia. Często z upływem czasu, będąc coraz bardziej uważnymi, możemy dostrzec, że to, co z bliska wydawało się negatywne, w konsekwencji dało życie czemuś bardzo pozytywnemu.
     – Widziałaś kiedyś swój cień? Jest ciemny, ale to nie znaczy zły. Ciągnie się z tobą przez całe życie i jest tym wyraźniejszy, im mocniejsze są promienie słońca. Jeśli dzień jest pochmurny, twój cień jest prawie niewidoczny. Jeśli dzień jest słoneczny, przybiera na sile. To tak, jakby przyroda w naturalny sposób poszukiwała równowagi. Ale tak naprawdę istnieje tylko jasność. Ona po prostu jest. Jest podstawą wszystkiego i wszystkich. 
     – Jak możemy tego nie dostrzegać? – Zapytałam zaciekawiona.
Zrobił krótką pauzę, sięgając po czarny flamaster i białą kartkę.
Szybkim ruchem zamazał połowę przestrzeni.
     – Zobacz Blanka, tylko wtedy dostrzeżesz jasność, gdy kontrastuje ona z ciemnością. Wcześniej kartka była tylko potencjałem. Nawet mogłaś nie zauważyć, że była czystością i światłem. Bielą. Poprzez kontrast przeciwieństw – zauważasz. A ta kartka pod spodem dalej jest biała. 
Odwrócił namalowany obrazek.
    – Ta czarna przestrzeń jest jedynie powierzchowna. Wszystko co istnieje, zbudowane jest ze światła, ale to dzięki ciemności rzeczy nabierają kształtu i formy. W innym przypadku bylibyśmy wszyscy bezkształtną, jasną masą. Dlatego ciemność wcale nie jest zła.
     – Jest tylko powierzchowna – dodał w zadumie, patrząc przez okno.
     – Negatywne emocje, negatywne działania – to tylko szumy nauczonego umysłu. Umysłu, który działa nawykowo. Podstawa zawsze jest dobra. Zawiera w sobie spokój i wszechobecność. Złość jest wyrazem naszego małego, powierzchownego ego. Ciekawe, jakby wyglądał świat, gdyby ludzie skoncentrowali się tylko na jednej kwestii – na opanowaniu złości?
     – Myślisz, że byłoby to możliwe? – Zapytałam.
    – Wszystko jest możliwe… Wystarczy zacząć od siebie – uśmiechnął się, puszczając do mnie oko. – Nie patrzeć na innych, szukając w nich usprawiedliwienia dla własnych negatywnych działań. Wydaje się, że świat zwariował, prawda? Ale kluczową kwestią jest to, czy my zwariowaliśmy wraz z nim? Daliśmy się wciągnąć w pułapkę miernego i marnego istnienia. A istnienie jest jakie jest, ale na pewno nie jest ono marne. Jest totalnością i nieograniczonością. My tylko uwierzyliśmy w słuszność powtarzania pewnych zachowań. I im bardziej trzymamy się tego schematu, tym bardziej staje się on naszą rzeczywistością. Na tyle nieatrakcyjną rzeczywistością, że wiele osób zadaje sobie pytanie: co można zrobić, gdy nie chce się żyć ani nie chce się umrzeć? 
     – Można zmienić wszystko. 


line