Open

Fragment książki

Jestem sama – pomyślałam bez emocji, jakbym była bardziej obserwatorem, niż uczestnikiem swojego własnego życia. Siedziałam na czymś, co mogłoby być tarasem, a było po prostu płaskim dachem mojego nowego domu. Patrzyłam na pobliskie góry. Wokół mnie lśniło miasto. Morze domów wgryzało się w górę, pięło się nieubłaganie na szczyt, zachłannie wyrywając naturze każdy skrawek jej dziewiczej ziemi. W każdym z tych domów żyło po kilka osób, otaczał mnie więc z każdej strony ocean ludzi, a ja byłam sama. Skazana własnym wyborem na dobrowolną banicję. I wbrew pozorom wcale nie było mi z tym źle.

     – Gabriel, cudny Gabriel, co ja bym bez niego zrobiła? – Pomyślałam o nim ciepło. Wyjechał o świcie, pomagając mi jeszcze zapisać się na kurs języka hiszpańskiego, poziom „0”, który zaczynał się jutro.
     – Hm, kolejny zbieg okoliczności – swego rodzaju synchroniczność dana mi od losu – uśmiechnęłam się do siebie w myślach. 
Dom, w którym przyszło mi mieszkać, rzeczywiście położony był w strzeżonej dzielnicy, z cudną zielenią wokoło i strażnikami z karabinami u bram. Te karabiny jednak, zamiast uspokajać, działały tylko na moją wyobraźnię…
     – Tu, czyli w środku dzielnicy jestem bezpieczna, ale tam, na zewnątrz…?
Jeszcze nigdy sama nie byłam „na zewnątrz”. Gabriel opuścił miasto zaledwie kilka godzin temu. Przez te kilka dni jego pobytu w mieście, przez 24 godziny na dobę, oprócz przyjaciela i opiekuna miałam tłumacza nie tylko języka, ale i latynoskiej mentalności. Poza tym mieszkaliśmy przez ten czas w dzielnicy, w której nie dziwiono się na widok obcokrajowców, bo ekskluzywne wysokie hotele otaczające park pełne były rozleniwionych turystów, często na tyle nieuważnych, że tracili wszystkie swoje skarby w starciu z meksykańską rzeczywistością. Przy każdym śniadaniu, bufecie suto zastawionym świeżymi kulinarnymi specjałami, Gabriel zwracał moją uwagę na innych turystów, ucząc mnie przy okazji, co może być przyczyną szybkiego rabunku.
     – Zobacz, tamten gość aż świeci tym swoim pięknym, nowym aparatem, a że jest w towarzystwie całkiem licznej rodziny, może stać się bardzo łatwym łupem.
     – A tamta pani – chełpi się markami swojej ekskluzywnej odzieży. Pamiętaj, że tu większość ludzi żyje w biedzie. Kolejne warstwy złotych dodatków tak bardzo krzyczą, że nie będą przyciągać adoratorów, tylko ich potencjalnych nowych właścicieli.
Chłodny wiatr przywrócił mnie do teraźniejszości. Po ciele przeszły ciarki. Zatopiłam wzrok w morzu świateł. Gdzieś niedaleko słowik nucił swą radosną pieśń na cześć życia. 
Wstałam z krzesła zrobionego z jakiejś starej skrzynki i podeszłam na krawędź dachu. Stałam tak przez kilka chwil wpatrzona w kompletnie niezabezpieczoną przestrzeń w dole.
     – Bycie na krawędzi mam już za sobą – pomyślałam śledząc w umyśle zdarzenia ostatnich miesięcy. Uśmiechnęłam się, oddychając pełną piersią. Przeszłość definitywnie została z tyłu. Odgraniczał mnie od niej ocean i siedem godzin różnicy czasu.
Rozejrzałam się wkoło. Aż dziwne, że powierzchnia na górze domu nie była wykorzystana. 
     – Tak tu pięknie, a wala się tu tylko kilka starych skrzynek i stoi wielka beczka z wodą. Kilka kabli, nic poza tym. Poza wielką przestrzenią oczywiście. Wystarczyłoby posadzić kilka kwiatów, uporządkować i z dachu zrobiłoby się przyjemne miejsce. Cóż za dziwna mentalność, że im się nie chce… – pomyślałam. 


line