Open

Fragment książki

Zaczęło robić się coraz ciemniej. Popatrzyłam na zegarek – 18:30. Już niedługo powinnam zobaczyć znajome miejsce. Po drodze czasami wyłapywałam jakiś duży szczegół zapamiętany z trasy przebywanej z panem Miguelem, ale nie do końca wszystko mi pasowało. Chciałam myśleć, że to tylko moja wyobraźnia wyolbrzymia brak wszystkich detali. 

     Zaczęłam jednak powoli się denerwować. Jechałam już jakieś 50 minut i nadal nie widziałam znajomego skrzyżowania. 
– Dam mu jeszcze chwilę – pomyślałam. Czułam, jak sukienka, nasączona zimnym potem zaczyna przyklejać się do moich pleców. Nie miałam pojęcia, czy już przejechałam obok mojej dzielnicy, czy jest ona za mną, czy jeszcze przede mną. 
     Nie miałam innego wyjścia tylko jechać do przodu. Moje nadzieje rozwiewały się jednak z każdą minutą spędzoną w środku. 
     Nie rozpoznawałam trasy. Z pojazdu na każdym przystanku wysiadało kilka osób, a nowych nie przybywało. W pewnym momencie zostałam ja, dwóch panów w średnim wieku i młoda dziewczyna. Mężczyźni wpatrywali się we mnie z zaciekawieniem. Udawałam, że wiem dokąd jadę. Chciało mi się płakać. Patrzyłam za okno, jakby to kurczowe trzymanie się obserwacji świata zewnętrznego miało sprawić jakiś cud. Chyba wyjeżdżaliśmy za miasto, bo wokół było coraz mniej budynków.
     Przelatywałam w myślach wszystkie wyrazy w języku hiszpańskim, jakie mogłyby mi pomóc w zapytaniu o drogę. Nic. Zero. Nie miałam jeszcze takiej wiedzy albo ze stresu wyparowała ona z mojego umysłu.
Młoda dziewczyna wstała i zbliżyła się do drzwi wyjściowych.
     – O nie, nie zostanę tutaj sama z tymi mężczyznami – pomyślałam jak zranione zwierzę, które potrzebuje ucieczki.
Wstałam również i wyskoczyłam tuż za dziewczyną na kolejnym przystanku.
     – Co mogę teraz zrobić, co mam teraz zrobić!!! – Chciało mi się wyć. Niebo szarzało coraz bardziej. Dziewczyna, posyłając mi uśmiech na pożegnanie, leniwie zaczęła oddalać się małą, wydeptaną ścieżką.
Byłam gdzieś kosmicznie daleko nie tylko od mojego domu, ale i od miasta albo może w jakiejś bardzo odludnej jego części.
Nagle do głowy przyszła mi pewna myśl. 
     – Jak się tu dostałam autobusikiem, to i autobusikiem się stąd wydostanę. 
Przeszłam na drugą stronę ulicy i stanęłam na czymś, co można by nazwać przystankiem. Z tym, że bez rozkładu jazdy. Zdziwiłam się swoim własnym opanowaniem pomimo przejeżdżających i trąbiących na mnie samochodów. 
     Stałam z wyprostowaną głową, pewna siebie, jakbym była w idealnym dla siebie miejscu i o idealnej porze. Poczułam się jak kruche jajko. Mocna i twarda skorupka zawierała w środku delikatną zawartość. Lecz skorupka tylko powierzchownie, pozornie dawała wrażenie siły, bo tak naprawdę nawet delikatne stuknięcie ukazywało całą jego wrażliwość i delikatność. Skorupa pękała, ukazując bezbronne wnętrze. W środku czułam się jak mała, zagubiona, przerażona dziewczynka. Bałam się jak nigdy w życiu. Gdzieś z daleka zauważyłam zbliżających się ludzi. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy płakać. Najgorsze było to, że nieświadoma realnych zagrożeń, tworzyłam sobie w umyśle najgorsze hipotetyczne sytuacje. Byłam sama, zdana tylko na siebie oraz na czynnik przez niektórych zwany Bogiem. To był dla mnie moment zwrócenia się do sił wyższych po pomoc. 
     – Niech przyjedzie, niech przyjedzie – powtarzałam jak mantrę, prosząc egzystencję o pomoc. Całym sercem chciałam zobaczyć nadjeżdżający autobusik i ujrzeć na nim znany napis.
Minuta, dwie, trzy – przyjechał jakiś, ale z inną nazwą.
     – Nie będę ryzykować – pomyślałam.
Ciemny wieczór przybierający powoli czarne barwy nocy utulił mnie w swoich ramionach.
     – Czemu tutaj tak szybko robi się ciemno? – Pytałam siebie, połykając od środka łzy. Z zewnątrz dalej przybierałam maskę pewnej siebie dziewczyny, jakby nie robiło na mnie wrażenia to, że jestem w totalnie nieprzychylnym dla mnie miejscu i czasie. Każdy z bliska zauważyłby drżenie całego ciała, na które nie miałam wpływu. Utrzymywałam się jednak prosto jak struna, patrząc jakby niedbale w dal. Żal i przerażenie sięgnęło zenitu, gdy nadjeżdżający samochód zaczął powoli zwalniać, by z towarzyszącym mu charczeniem silnika zatrzymać się obok mnie. Elektryczna szyba ciemnozielone go, dość starego auta otworzyła się, ukazując głowę przeciskającego się w moją stronę kierowcy. Czarne wąsy i lekko siwiejące włosy okalały szczupłą twarz o ostrych rysach.
Zaczął do mnie mówić niepasującym do całości łagodnym głosem. Jego lekko rubaszny uśmiech nie pasował mi do melodii wyrażanej w języku, którego dalej nie potrafiłam zrozumieć.
     – Co on do mnie mówi?!! Co on do mnie mówi?! – Domyślałam się, że ofiarowuje mi swoją pomoc, od której wolałam jednak skrzydła otaczającej mnie ciemności. Musiałam zachować pozory. Nie mógł się dowiedzieć, że jestem zupełnie zagubiona w jakimś nieznanym dla mnie miejscu i że na dodatek nic nie rozumiem z jego języka. Udałam, że przysłuchuję się jego propozycji i przez ściśnięte gardło, najłagodniej jak potrafiłam powiedziałam:
     – Muchas gracias (dziękuję bardzo).
Starszy mężczyzna, jakby przekomarzając się ze mną, ciągnął jeszcze przez chwilę swój lekko rubaszny monolog.
     – Muchas gracias – powtórzyłam zdecydowanie, posyłając mu jedno z moich mrożących krew w żyłach spojrzeń. Zdawałam sobie sprawę, że moje niespotykanie jasne, niebieskie oczy czasami mogą przerażać swoją siłą. W spojrzeniu tym próbowałam świadomie wysłać mu taką informację. Byłam w tej chwili jak zwierzę, które zanim przystąpi do walki, bada przeciwnika oczami. Często w takich sytuacjach w przyrodzie zwycięża po prostu ten, który samym spojrzeniem mówi: „Jestem mocą, nie podchodź, nie znasz mojej wewnętrznej siły, odejdź stąd”. Chyba moje spojrzenie zadziałało, bo mężczyzna burknął coś urażony i ku mojej całkowitej uldze, elektryczne okno zamknęło się, a auto z lekkim piskiem opon, obsypując mnie małymi kamykami z pobocza, ruszyło w pośpiechu w swoją stronę. 


line