Open

Fragment książki

Spadam. Ogromne korzenie drzew otwierają się i robią mi miejsce w czeluściach grząskiej ziemi. Zapadam się głębiej i głębiej. Próbuję uchwycić się ciemnych, lepkich kamieni, lecz nie znajduję swoich rąk. Jakaś niewidoczna masa wciąga i popycha mnie w głąb, wchłaniając każdą komórkę mojego ciała. Widzę jeszcze ostatnie, brunatne i ciężkie kawałki torfu, ale i one nieubłaganie stapiają się z moją skórą. Gwałtownie szukam czegokolwiek, co mogłoby przytrzymać rozpływające się w pustce ciało, otacza mnie jednak ciemny bezmiar przestrzeni – bez kantów, jednolity i zupełnie nijaki. Wpadam w tę nijakość bez kształtu i z całych sił próbuję zachować jakąkolwiek oznakę mojej tożsamości. Pędzę jednak dalej w dół, rozkładam się na części, pękam na miliony drobnych kawałków. Po chwili nie odnajduję już nic, co mogłabym nazwać sobą, tylko niejasne przeczucie bycia kimś wcześniej. Ostatkami sił wżeram się już nie w swoją cielesność, lecz w świadomość. Trzymam się kurczowo pojęcia „ja”, ale i ono nieustannie wpychane jest do środka, tym mocniej tłumione, im bardziej chcę wyrwać istnieniu choć małą, odrębną cząstkę siebie.

     Nagle z oddali dobiega mnie jakiś dźwięk, na początku ledwo wyczuwalny, ale powoli przekształcający się w powtarzalną sekwencję, którą dobrze znam. Wyciąga mnie w górę i wpycha z powrotem w rzeczywistość. 
     – Sen. Co za sen! – Powoli zaczynam zbierać myśli.
     Zapalam światło. Jest dość wcześnie. 6:30 a na dworze ciemno. Budzik dalej niewzruszenie powtarza swoją melodię. Uciszam go powolnym ruchem.
Decyduję się zostać jeszcze chwilę w łóżku. 
To było tak realne. W myśli przebiegam po scenach sennej wizji. Czuję na całym ciele krople zimnego potu, jakby rzeczywiście stoczyło ono jakąś walkę.
    – Istnieję. Jak to niesamowicie jest być znów sobą. Sobą…
Zrzucam kołdrę i biegnę pod prysznic. Cudownie jest czuć ciepłą wodę spływającą po ciele.
Po chwili sączę już kawę z mlekiem. Jeden z porannych rytuałów. Jest naprawdę mocna. Nawet dość duża ilość mleka nie łagodzi lekkiej goryczy.
Patrzę za okno. Jest szaro i zimno. Z drzew zaczęły opadać pierwsze liście. Wyglądają smutno, jakby gubiły wraz z wiatrem cząstkę siebie.
    – Jak ja… – pomyślałam.
     W myślach cofnęłam się do czasów, kiedy jako nastolatka wybierałam kierunek studiów. Ktoś wtedy powiedział mi, że ekonomia jest dobrym wyborem, bo jest się bliżej pieniędzy. Ktoś inny dodał, że pieniądze dają szczęście, sławę i wszelkie bogactwa. Uznałam, że oczywiście chcę być szczęśliwa no i…
Nie jestem.
Nie działa. Społeczeństwo powtarza program bez potwierdzenia jego skuteczności, a ludzie w niego wierzący w większości wypadków idą śladami biegnącymi w odwrotnym kierunku niż szczęście. Skończyłam studia. Z wyróżnieniem. Ekonomiczne oczywiście. Mam 27 lat, mam całkiem sporą firmę i iluzję posiadania pieniędzy (bo większość rzeczy jakie mam i tak jest na kredyt), ale do szczęścia nie zbliżyłam się nawet o milimetr. W sumie to czuję się od niego coraz dalej, tak daleko, iż tracę nadzieję, że pod pojęciem słowa „szczęście” kryje się jakiekolwiek doświadczalne doznanie… 

Kolejny fragment >


line